Górzysta, odludna prowincja Qinghai

Wizyta w prowincji Qinghai zaczęła się mówiąc delikatnie słabo. W Guide patrzyli na nas jak na obcych z innego świata i nie że z ciekawością i otwartością jak to bywało w innych miejscach. Nie uśmiechali się, nie mówili hallo i nawet koty mieli jakieś wściekłe. Generalnie epizod średni i pewnie nie ostatni tego typu. Wizję podróżowania po tej prowincji mieliśmy jedną: wyjechać jak najszybciej na południe. Ale wyjechać gdzieś w Chinach to nie takie hop siup. Bilet powrotny do Xi’anu dopiero na 3 września coś więc trzeba robić. Postanowiliśmy pojechać do stolicy prowincji czyli do Xiningu. Wszystko miało pójść łatwo tylko że Maciej tak szukał hotelu, że znalazł aż dwa i nie pamiętał który w końcu zarezerwował. Była więc loteria czy trafimy do właściwego. Po roszadach z taksówkarzem udało się dojechać akurat do zarezerwowanego. I jak na loterie to całkiem dobrze trafiliśmy. Hotelowy boss doradził nam co robić przez ten czas w okolicach i jak tam dojechać minimalizując czas i koszty.

I tu zaczyna się jasna strona pobytu w jednej z najsłabiej zaludnionych prowincji Chin czyli w końcu było po tybetańsku (i to bez słów prawie jak)! Żeby w końcu poczuć klimat tybetański pojechaliśmy do klasztoru Ta’er Si (Kumbum) gdzie urodził się Tsong’kapa, założyciel Żółtych Czapek (odłamu buddyzmu) a później uczył się Dalajlama. Miejsce niesamowicie istotne dla Tybetańczyków. Można tam dojechać taxi, nie jest drogo ale po co skoro można pojechać wypchanym po brzegi autobusem pełnym Tybetańczyków? Zaryzykowaliśmy i się opłaciło bo poznaliśmy przemiłą tybetańską rodzinę w składzie dwoje starszych i dwójka młodych, chyba narzeczeństwo, którzy pomogli nam wsiąść do właściwego autobusu i wysiąść we właściwym miejscu. Starsza Tybetanka (swoją drogą prześliczna kobieta) pokazała nam nawet jak należy się modlić. Nie że tylko zademonstrowała ale i my mieliśmy się pomodlić z nią.

Sam kompleks klasztorny pełen kolorów i zapachu kadzideł zapiera dech, dosłownie.  Mi głównie z powodu wysokości. Taka mała Lhasa dostępna dla każdego (przynajmniej jeszcze) położona wysoko w górach.

Kolejną atrakcją prowincji miało być jezioro Qinghai, największe jezioro Chin. Zdecydowaliśmy się na nie głównie z nudy bo coś tu trzeba robić a że hostel na totalnym końcu średnio ciekawego miasta i raptem jedna sensowna jadłodajnia w okolicy tym bardziej trzeba szukać drogi ewakuacyjnej. Najlepiej oczywiście kupić zorganizowaną wycieczkę ale widząc zorganizowane wycieczki Chińczyków wolimy takiej unikać póki są inne możliwości. A inną możliwością jest wynajęcie auta z kierowcą na spółę z innymi zainteresowanymi. Tylko, że zainteresowanych coś było mało (żeby nie powiedzieć wcale) kiedy chodziliśmy i pytaliśmy współlokatorów hotelowych. Pomogło ogłoszenie po chińsku. Sprytne bo zanim ktoś się dowiedział, że my nietutejsi to już specjalnie nie miał wyboru. Maciek dostał przydomek Maq, bo przecież Maciek się nie da wymówić. Zadzwonił Zhao Peng zwany też Andy?m. Oczywiście zaskoczenie było ogromne, że ma jechać z obcokrajowcami a po angielsku mówi ciut ciut. Za godzinę znalazły się Wu Ling zwana Emmą oraz Chen Ming zwana po prostu Chen Ming. I tak oto się zebrała ekipa na wycieczkę. Wu Ling całkiem dobrze mówi po angielsku więc była tłumaczem.

A cała wycieczka okazała się wyprawą nad jezioro. Chińscy towarzysze zorganizowali śniadanie, prowiant na drugie śniadanie, przekąski, wodę, słodycze, skrupulatnie rozliczyli wydatki (już wiem dlaczego to właśnie Chińczycy wynaleźli liczydło). Byliśmy pod wrażeniem. Oczywiście jechaliśmy z dwoma torbami jedzenia czyli dosłownie po chińsku. Jezioro, które miało być generalnie takie sobie okazało się niezwykłe. Góry z ośnieżonymi szczytami, pustynie, stepy a po środku tego jezioro tak lazurowe, że takiego koloru wody nie widzieliśmy w życiu na oczy. A w okolicach stada pasących się jaków i owiec oraz ich „yakboye”, „shipboye” i cowboye. No i żadnych Chińczyków (poza garstką turystów), to było najbardziej niezwykłe. Te rejony należą już do Tybetańczyków. W sumie to nic dziwnego, tam już „cywilizowany” w naszym rozumieniu człowiek nie da sobie rady. Cisza i pustki. Setki kilometrów kompletnych pustkowi. Wrażenie niesamowite zwłaszcza po wizytach w innych, głośnych i zatłoczonych prowincjach Chin. A jak tam Tybetańczycy? A kroją tych chińskich turystów. Sprawa wygląda prosto. Chiński turysta kocha robić zdjęcia więc proszę: przebrany jak z kolorowymi wstążkami na głowie na którego możesz usiąść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie a la zdobywca. Nie podoba się? Wolisz bardziej ciepłe oblicze swojej osoby na zdjęciach? To mamy dla Ciebie maleńką owieczkę, którą możesz wziąć na ręce. To też nie? To może chcesz być niczym cowboy z dzikiego zachodu? Mamy dla Ciebie konia, przybranego oczywiście odpowiednio żeby było barwnie na zdjęciach. Możesz też w ostateczności przywdziać tybetańskie szaty i poczuć się przez chwilę jednym z nich (choć nie wiem czy faktycznie by tego chcieli). Za wszystko 10 Y czyli nasze 5 zł i foto do albumu gotowe. Co sprytniejsi młodzi Chińczycy mają małe sprytne aparaty z zoomem, więc zazwyczaj płacenie da się obejść robiąc foto z przyczajenia choć ich nie ma wtedy na zdjęciu. Trudno, będą na innych.

Cała wyprawa trwała 16 godzin i zakończyła się po pierwsze pięknymi wspomnieniami po drugie kolejnymi znajomościami polsko-chińskimi. Podsumowanie prowincji w skali od 1 do 6 to mocna piątka.

Zdjęcia będą ale nie dziś bo mamy niebawem pociąg (niebawem w skali Chińskiej: za trzy godziny więc trzeba się zbierać).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>